sobota, 24 października 2015

Rozdział 2 - "Trzymaj oczy szeroko otwarte."

   Następny dzień miała nadzieję przeżyć w miarę normalnie, bez żadnych kłótni, nieprzewidzianych wizyt u dyrektora czy niezrozumiałych oskarżeń. Zawsze była pełna podziwu dla postaci z książek i seriali, które radzą sobie z zagadkami i przeciwnościami losu. Choć marzyła by znaleźć się wewnątrz książki, nie chciała by jej życie pogmatwało się jeszcze bardziej. Nie twierdziła, że ma źle, wręcz przeciwnie. Przyzwyczaiła się do reali narzuconych jej przez rodzinę i było jej z tym wygodnie, nie widziała potrzeby by zmieniać cokolwiek. Zmiany jednak mają to do siebie, że przychodzą z brudnymi buciorami do czyjegoś domu i nie pytając właściciela o zdanie, brudzą podłogę błotem.
   Wtorkowe zajęcia zaczynała dwoma godzinami angielskiego, zajęciami na które chodziła z Norą. Siedziała ławkę przed czerwonowłosą i z czystej uprzejmości chciała porozmawiać z dziewczyną podczas przerwy, ale zanim zdążyła się odwrócić Nora pogrążona była już w swoim świecie dlatego wyciągnęła książkę i jedząc jabłko zaczytała się w niezwykłą opowieść o przyjaźni i lojalności. Będąc w prawdopodobnie najważniejszym fragmencie rozdziału, na kartkach książki rozpostarł się cień ograniczający widoczność. Nad nią stała dziewczyna, którą znała już od jakiegoś czasu. Należała do grupki znajomych, którzy wczoraj potraktowali ją w niemiły sposób.
   - Cześć Melissa. - dziewczyna uśmiechnęła się przyjaźnie odgarniając pukiel miękkich włosów z twarzy. Mel natomiast w odpowiedzi skinęła jej lekko głową. Nie miała nigdy okazji rozmawiać z dziewczyną, sam na sam, jednak słyszała na jej temat całe mnóstwo niepochlebnych opinii. - Chciałam ci tylko powiedzieć, że nie podoba mi się sposób w jaki załatwiliśmy z tobą sprawy. Nie wiem jak inni, ale dla mnie zawsze jesteś mile widziana. - Melissa omal nie zakrztusiła się jabłkiem gdy to usłyszała.
   - Dzięki Angel, będę o tym pamiętać. - powiedziała zasłaniając usta dłonią by nie wypluć owocu. Dziewczynie to wystarczyło. Skinęła głową i odeszła wkładając słuchawki do uszu.
   - Nie ufałabym jej na twoim miejscu. - usłyszała za sobą zrzędliwy ton Nory. Szatynka odwróciła się w stronę koleżanki, ale dziewczyna nawet nie uniosła wzroku znad ekranu tabletu.
   - Ty nikomu nie ufasz. - zauważyła z uśmiechem. - Po za tym... nie należy wierzyć plotkom, może być całkiem sympatyczna. - dodała śledząc palcem tekst w książce próbując odnaleźć miejsce w którym skończyła. W tym momencie zadzwonił dzwonek i z westchnieniem zamknęła tomik.
   - Jesteś naiwna. To nawet słodkie. - nie wiedziała co miała na myśli rudowłosa, która mówiąc to schowała urządzenie. Mel starała się nie oceniać ludzi zbyt pochopnie, każdemu dawała szansę, a skoro to czyni ją naiwną, niech tak będzie.

***

   Słysząc dzwonek zwiastujący przerwę obiadową wstała z miejsca niechętnie. Nie miała zamiaru narażać się na wścibskie spojrzenia, dlatego planowała zjeść obiad w Burger Kingu stającego obok stacji benzynowej przy szkole. Wyszła z sali i skierowała się do głównego wyjścia z największego budynku, gdy poczuła czyjąś dłoń mocno zaciskającą się na jej ramieniu. Przeszył ją dreszcz niepokoju. Opuszczanie terenu szkoły podczas lekcji było niemiłe widziane przez nauczycieli, czyżby została przyłapana?
   - A ty gdzie się wybierasz? - odwróciła głowę i natknęła się na wściekłe spojrzenie Tiffany. Blondynka nawet na sekundę nie rozluźniając uścisku pociągnąć ją wgłąb budynku. - Przecież mamy się spotkać na stołówce. Wciągnęłaś nas w to bagno, to teraz się nie wycofuj. - jadowity ton dziewczyny z każdym słowem stawał się coraz mniej przyjemny. Melissa wyrwała ramię z jej uścisku. Poczuła nieprzyjemne pieczenie zdartej skóry od paznokci Vess.
   - Nie mam pojęcia o czym mówisz. Kiedy niby było ustalone, że mamy się gdziekolwiek spotykać? - ze skrzywionym wyrazem twarzy pocierała bolące miejsce. Blondynka spojrzała na swoją dłoń, niewidzącym wzrokiem. Drgnęła jakby zaskoczona i odwróciła gwałtownie głowę w stronę pustego korytarza. Między nimi zapanowała napięta atmosfera. Zrobiło się zimno. Mel czuła wyraźnie od strony dziewczyny pewien rodzaj mroku, którego nie potrafiła bliżej określić. Chciała coś powiedzieć, ale nie była w stanie wymusić choćby słowa, mogła tylko czekać aż znów nawiążą kontakt wzrokowy.
   - Gai stworzyła konwersacje na facebook'u i kazała wszystkim przyjść. - odparła wciąż wściekle, choć wyraz jej twarzy się zmienił gdy znów na nią spojrzała. Jej wcześniejszy ogień przygasł, w postawie zabrakło typowej dla dziewczyny pewności siebie, po nieodłącznej charyzmie nie było nawet śladu.
   - Skończył mi się internet w telefonie, nie wiedziałam... - Melissie nagle zrobiło się głupio i bez większych sprzeciwów dała zaprowadzić się na stołówkę. Zaczęła zastanawiać się nad słowami dziewczyny. Czemu Gai nagle chciała się z nimi wszystkimi porozmawiać? Wczoraj jednoznacznie dała im od zrozumienia, że wcale nie chce angażować się w tą sprawę. Co więcej, że nie ma zamiaru utrzymywać z nimi jakiegokolwiek kontaktu, więc co się zmieniło? I ważniejsze, czego od nich chciała?
   Pogrążona w myślach wzięła pierwszy lepszy zestaw obiadowy i razem z Tiff poszły schodami na pół piętro, gdzie znajdowała się już cała reszta.
   - Przepraszam. - usłyszała szept towarzyszki. Spojrzała na nią lekko zdezorientowana. - Nie chciałam zrobić ci krzywdy. - chwilę jej zajęło by domyślić się co dziewczyna ma na myśli. Podążyła za jej wzrokiem na swoje ramię i znów na nią. Wydawała się... Zmieszana? Z jakiegoś powodu ja to rozczuliło.
   - W porządku, nic się nie stało. - blondynka odwzajemniła jej uśmiech i usiadła przy stole ruchem głowy zapraszając ją by usiadła obok. Całe napięcie zniknęło w ciągu ułamka sekundy. Melissa wcześniej nie zwracała na nią szczególnej uwagi, ale miała wrażenie, że mogły by się bez problemu dogadać. Usiadła obok niej i przeniosła wzrok na Gai, która z nieobecną miną piła koktajl. Gdy "królowa" zorientowała się, że są już wszyscy, uśmiechnęła się lekko. Nie spodziewała się, że bez żadnych pytań, tak po prostu przyjdą. Nienawidziła być ignorowana, ale za to bardzo lubiła zwracać na siebie uwagę. Tym razem też się udało, co sprawiło jej ogromną satysfakcję.
   - No, mów o co chodzi. Nie mam całego dnia. - ponaglił ją Luke, który choć miał przed sobą tacę z jedzeniem, siedział z nosem w książce i robił notatki. Mel była pod wrażeniem podzielności jego uwagi.
   - Dużo o tym myślałam. - zaczęła odstawiając kubek na stół. - Nie mogłam spać w nocy, więc zadzwoniłam do mojej przyjaciółki, Ashley. Była w szoku, że do niej dzwonię, bo twierdziła, że nie rozmawiałyśmy od mają. Zaczęła mnie wypytywać o was. W sensie o nas, o każdym tu obecnym. Ashley miała mi za złe, że przestałam się z nią spotykać i cały mój czas poświęcam wam. Mówiła mi o jakimś domku letniskowym Tiffany... - w tym miejscu wymownie spojrzała na blondynkę. - O którym zresztą do wczoraj nie miałam pojęcia.
   - A skąd ona wiedziała o moim domku? - Tiffany zapytała marszcząc gniewnie brwi. Tylko niewielka garstka osób wiedziała o tym miejscu. To był jej azyl do którego nie wpuszczała byle kogo.
   - Nie mam pojęcia. Ale to nie wszystko. Kiedy skończyła się na mnie wydzierać i się rozłączyła, była zszokowana. Nie zrozumcie mnie źle, ale sprawdziłam historię mojej rozmowy z nią na facebooku, a tam zarzutów pod moim adresem było dużo więcej, dlatego postanowiłam dziś trochę popytać i... Dowiedziałam się paru rzeczy. - dziewczyna zlustrowała każdego po kolei swoimi ogromnymi oczami dając im czas na przetrawienie tych informacji.
   - Czekaj chwilę, ta rozmowa była z maja? - zapytała Nora marszcząc brwi. Gai skinęła krótko głową. - Ale to by znaczyło, że znamy się już od jakiegoś czasu, a wczoraj rozmawiałam z wami po raz pierwszy. Przecież to nielogiczne i niemożliwe, pamiętałabym coś takiego.
   - Tygodniową nieobecność teoretycznie też powinnaś pamiętać. - Luke zamknął książkę i odłożył ją na stół. - Ale to nie wszystko, tak? Mówiłaś zadaje się, że dowiedziałaś się czegoś więcej. - Gai skinęła głową i odgarnęła włosy na ramiona.
   - Zgadza się. Musiałam zrobić z siebie niezłą idiotkę przed paroma osobami, ale dowiedziałam się czegoś o każdym z nas. - nawet Andrew odłożył na chwile swoją gitarę. - Całą naszą ósemkę nazywają "Mieszańcami", dlatego że po raz pierwszy w historii tej szkoły osoby z różnych kręgów zaczęły się przyjaźnić. Jest to dość niecodzienne zjawisko, ale wiele osób twierdzi, że to dało im motywacje żeby rozmawiać z tymi, do których wcześniej się nie odzywali, czy coś tam. - Mel skrzywiła się słysząc jej lekceważący ton. Nie lubiła gdy ktoś traktował w ten sposób innych, ale nie odezwała się. - Największym zaskoczeniem było gdy przyszła do mnie Maddy z gazetki szkolnej i pytała, czy sprzedam jej jakieś plotki na nasz temat. Prosiła bym uchyliła rąbka tajemnicy o naszym tygodniowym zniknięciu. Nic nie mogłam jej powiedzieć rzecz jasna, ale zapytałam od jak dawna zwraca na nas uwagę. Twierdzi, że od stycznia.
   - Ale to by było już dziewięć miesięcy, twierdzisz, że znamy się tak długo, ale żadne z nas tego nie pamięta? - oburzyła się Tiffany.
   - Ale czad... - Andy patrzył na wszystkich z fascynacją.
   - Czad? - powtórzyła Tiff z niedowierzaniem.
   - No jasne. - Ciężko było stwierdzić, czy pod jego zwyczajnym podejściem słyszała rozbawienie, ale niewątpliwie sobie z nich żartował. - Tak jakbyśmy znaleźli się w jakimś filmie sensacyjnym. Grupa znajomych przyjaźni się od prawie roku i nagle wszyscy znikają na tydzień, a gdy wracają nie wiedzą nic o sobie nawzajem, nawet się nie pamiętają. To brzmi jak efekt jakiegoś prania mózgu, czy wyczyszczenia pamięci. - ten pomysł zwrócił uwagę Luka. Teoria nie tylko nie wydała mu się absurdalna, ale wręcz całkiem prawdopodobna.
   - Tylko po co ktoś miałby chcieć wymazywać nam z pamięci naszą hipotetyczną przyjaźń? - zapytał blondyn z poważnym wyrazem twarzy. To było pytanie w samo sedno. Nastała chwila ciszy podczas której wszyscy patrzyli po sobie nawzajem jakby w ten sposób mogli dowiedzieć się czegokolwiek.
   - Może wcale nie chciał? - zaczęła polowi Mel.
   - Sugerujesz, że wszyscy mamy zbiorową amnezję, czy że ktoś wymazał nam pamięć przypadkiem? - sarkastyczny ton Gai wcale nie pomagał ułożyć jej myśli.
   - Nie to miała ma myśli. - w jej obronie stanął David, który od razu podłapał myśl. - Co jeśli ktoś wymazał nam pamięć, ale coś nie poszło zgodnie z planem? Co jeśli fakt, że nie pamiętamy naszej przyjaźni to tylko efekt uboczny, której nikt się nie spodziewał?
   - A to by znaczyło, że wszyscy dowiedzieliśmy się czegoś, czego nie powinniśmy byli. Pytanie tylko, czego się dowiedzieliśmy... - Mel dokończyła myśl patrząc na swoje paznokcie. Czego tak strasznego mieliby być świadkami, żeby ktoś koniecznie chciał by o tym zapomnieli? I kto chciał by o tym zapomnieli? Myśli kotłowały się w jej głowie a każde zadane pytanie rodziło następne.
   - O czym wy gadacie?! - z otępienia wyrwał ich spanikowany ton Jared'a. Jego przerażony wyraz twarzy sprowadził ich z powrotem na ziemię. Było oczywiste, że sama myśl go przeraża. - To nie jest żaden chory film tylko nasze życie, myślcie realnie! Jakie czyszczenie pamięci, przecież coś takiego nawet nie istnieje... 
   - Istnieje. - Luke natychmiast się mu sprzeciwił. - Ale rząd uznał, że grzebanie w ludzkim umyśle jest zbyt niebezpieczne, dlatego rzecz jest wciąż testowana. -  z zamyśleniem grzebał w swoim jedzeniu.
   - Skąd niby to wiesz? - zapytał Andrew z lekkim uśmiechem, jakby podsuwanie im niemożliwych myśli go bawiła.
   - Mój brat pracuje dla rządku. Czasem zaglądam w jego papiery. - odparł chłopak wzruszając lekko ramionami, jakby nie było o czym mówić i wcale nie naruszał tajemnicy wagi państwowej.
   - Czad. - podsumował Andy znów się ożywiając bo to by znaczyło, że jego teoria nie jest wcale tak absurdalna jak mogło by się zdawać.
   - Jesteście stuknięci. - Jared wstał z miejsca, chwycił swój plecak i odszedł pospiesznie.
   - Brawo. - Tiffany rzuciła serwetkę na stół i wzięła swoją torebkę. - Teraz obaj pójdziecie z nim pogadać. - zarządziła surowo zmuszając obu by porzucili swoje obiady i poszli z nią. Nora też wstała.
   - Muszę to zobaczyć. - mruknęła bardziej do siebie i poszła za nimi. Przy stole została tylko Gai, Mel i David. Szatynka też wstała, chociaż nawet nie ruszyła swojego cheeseburgera.
   - Siadaj. - warknęła Gai. Sprzeciw prawdopodobnie skończyłby się dla niej tragicznie, dlatego Melissa natychmiast opadła na miejsce. - Dowiedziałam się czegoś jeszcze.
   - Dlaczego nie powiedziałaś tego przy wszystkich? - zapytał już jedyny chłopak przy stole jedząc frytki.
   - Jeszcze mi za to podziękujesz. Maddy, ta od gazetki, zapytała mnie o coś jeszcze. O was. - wskazała idealnie pomalowanym paznokciem na tę dwójkę.
   - O nas? W sensie o mnie i o Davida?
   - Dokładnie, o was. Pytała czy ze sobą zerwaliście. Gdy zapytałam dlaczego tak myśli, odpowiedziała, że wczoraj widziała jak Mel wraca sama do domu. Twierdzi, że David odwoził ją codziennie od połowy maja. Wygląda na to, że byliście, czy raczej, wciąż jesteście razem. - w tym momencie Melissa była gotowa całować ją po nogach w podzięce za nie powiedzenie tego przy wszystkich. Gai stała z wdziękiem i kołysząc biodrami odeszła od stołu zastawiając ich w krępującej ciszy. Spojrzeli na siebie nie kryjąc zaskoczenia. Żadne z nich nie spodziewało się czegoś takiego.
   - To by się zgadzało. - zaczął pocierając kark. - To co mówił Flanagan na parkingu,  pamiętasz? - niepewnie skinęła głową. - No właśnie. Dziś podszedł do mnie Brian z drużyny i powiedział coś w stylu "na twoim miejscu, kumple czy nie, też by walczył o swoją laskę." - próbował imitować głos kolegi, ale widząc jej wzrok, zmieszał się lekko. - Wtedy nie wziąłem tego na poważnie, ale to zupełnie zmienia postać rzeczy. - z każdym słowem mówił szybciej i coraz bardziej chaotycznie. - I gdy tak o tym myślę, to w sumie to wydaje się logiczne. Bo widzisz wcześniej zastanawiałem się dlaczego przy tobie czuje się inaczej, to znaczy nie tak jak przy innych dziewczynach, a wychodzi na to, że skoro jesteśmy razem, to musimy coś do siebie czuć i to pewnie dlatego tak nas do siebie ciągnęło...
   - David. - przerwała mu zanim powiedział o parę słów za dużo. - Nie jesteśmy razem i nic mnie nie obchodzą jakieś plotki. Nie znamy się.  - natychmiast wstała z miejsca i zostawiła go samego. Sytuacja była jeszcze gorsza niż wczoraj. Z jednej strony mogła by powiedzieć, że do czegoś doszli, ale z drugiej, każdy o zdrowych zmysłach wyśmiałby ich na wstępie. Nie wiedziała dlaczego Gai zaczęła ten temat. O ile łatwiej by było gdyby zostawiła dla siebie tę informacje? Kątem oka zauważyła nieśmiało machającą do niej Angel. Była zbyt roztrzęsiona na jakiekolwiek rozmowy, dlatego tylko skinęła jej głową ze słabym uśmiechem i wyszła ze stołówki zanim dziewczynie wpadłoby do głowy by do niej podejść i zacząć rozmowę.

***

   Lekcje minęły jej błyskawicznie, a po zajęciach jak zwykle opuściła budynek szkoły i skierowała się w stronę przestanku autobusowego. Weszło jej to już w nawyk, jednak po raz kolejnym w przeciągu czterdziestu ośmiu godzin nie mogła pozbyć się wrażenia, że coś jest nie w porządku, jakby przegapiła istotny punkt dnia. Stanęła trochę z boku by nie zagradzać przejścia i próbowała przypomnieć sobie o czym zapomniała. W głowie odtwarzała cały dzień raz po raz, ale nie znajdowała nic niewłaściwego.
   Beznadzieja...
   Zaskoczona drgnęła i otworzyła dotąd zamknięte oczy. Przeszył ją dreszcz. Czuła się tak jakby ktoś szeptał jej do ucha, a jednocześnie było tak jakby głos odezwał się wewnątrz jej głowy.
   Chodząca beznadzieja, jeśli nie potrafisz poradzić sobie w liceum, to o studiach nie masz co marzyć. Poddaj się Melisso MaClark, nigdy nie zostaniesz pisarką, po prostu się do tego nie nadajesz. Jesteś słaba.
   Odwróciła się gwałtownie. Ktoś za nią podpowiadał jej depresyjne myśli i miała ochotę zabić tą osobę. Jednak nikogo tam nie było. Nikt nie czaił się za jej plecami i nie próbował naruszyć pewności siebie. Mierzyła wściekłym spojrzeniem trawnik. Tak jak wcześniej podczas rozmowy z Tiffany zrobiło jej się zimno. Nie wierzyła w to co, jak jej się wydawało, usłyszała. Nie była słaba, wiedziała o tym, ale z jakiegoś powodu czuła jakby zaraz miała zapaść się w sobie, a to budziło w niej wściekłość. Choć skołowana, odetchnęła głęboko i obejrzała się przez ramię słysząc chrząknięcie. Kawałek za nią nonszalancko oparty o ścianę budynku stał David. Wyglądał tak jakby tylko czekał bu móc rzucić jakimś nie śmiesznym żartem, jednak wyraz jego twarzy szybko się zmienił.
   - Co? - warknęła. Czuła się źle i nie miała najmniejszej ochoty na rozmowę. Chciała jak najszybciej wrócić do domu, zamknąć się w swoim pokoju, zakopać pod kołdrą i ukryć się przed światem.
   - Blado wyglądasz. Źle się czujesz? - odepchnął się od ściany i podszedł do niej z niepokojem wypisanym na twarzy. Bez ostrzeżenia przyłożył wierzch dłoni do jej czoła i zmarszczył brwi.- Nie masz gorączki.
   - Ja jestem zawsze blada, ale nic mi nie jest. Dzięki za troskę. - mruknęła odsuwając od siebie jego rękę. Nagle poczuła się niewiarygodnie zmęczona. Zerknęła na zegarek na nadgarstku i westchnęła ze zrezygnowaniem. - Świetnie, właśnie odjechał mi autobus.
   - Podwiozę cię. I tak chciałem z tobą porozmawiać. - powiedział uśmiechając się lekko. Poczuła narastającą złość. Nie miała pojęcia co się dzieje, ale sprzeczne emocje brały górę nad jej zdrowym rozsądkiem. Była cała nabuzowana, a huśtawka nastrojów miotała nią w tę i z powrotem.
   - Ale ja wcale nie chcę z tobą rozmawiać. Żegnam. - odwróciła się na pięcie i już miała dumnie odejść w swoją stronę gdy zobaczyła, że znajomi z drużyny chłopaka patrzą się na nich otwarcie się naśmiewając. Ze strzępki rozmów usłyszała tylko marne teksty takie jak "kryzys w raju", przez co zagotowało się z niej jeszcze mocniej. Zaczęła robić się czerwona na twarzy i już miała krzyknąć parę obraźliwych komentarzy w stronę zawodników, gdy zaczął ogarniać ją błogi spokój. Ciepło, zaczynając do czubków palców jednej dłoni, powoli otulało ją całą. Wszystko nabrało jaśniejszych barw, poczuła ciepło drugiego człowieka na plecach i z cichym westchnieniem oparła głowę o klatkę chłopaka.
   David splótł ich palce i przyciągnął ją do siebie. Był szczerze zaskoczony jej reakcją. Był pewien, że zacznie się wyrywać i będzie musiał siłą wsadzić ją do samochodu. Uśmiechnął się na samą myśl. Może to wcale nie takie złe rozwiązanie?
   - Przepraszam. - szepnęła cicho. Nie miała na myśli tylko jej zachowania sprzed chwili, ale też to co powiedziała mu na stołówce. Z jakiegoś powodu czuła, że zachowała się niewłaściwie, że wcale nie zasłużył sobie na jej wrogość. Przecież ona się tak nie zachowuje, nie miała pojęcia co w nią wstąpiło. - Na pewno odwiezienie mnie nie będzie problemem?
   - W żadnym razie. - Objął ją ramieniem w pasie i poprowadził w stronę swojego samochodu.
   - Tylko, że muszę odebrać brata ze szkoły. Valley View Elementary School. - dodała, a on tylko skinął głową w odpowiedzi. Nadłożenie drogi było mu nawet na rękę. Chciał z nią porozmawiać, ale nie miał pojęcia jak powinien zacząć temat. Otworzył przed nią drzwi pasażera i pomógł wsiąść do środka.
     W samochodzie panowała zupełna cisza. David co jakiś czas otwierał usta by coś powiedzieć, ale od razu się poddawał, natomiast Melissa siedziała w milczeniu uparcie wpatrując się w okno pasażera. Droga nie była długa, a on nie wykorzystał z niej nawet sekundy. Zaparkował przed szkołą jej młodszego brata zrezygnowany. Przecież nie zacznie tematu przy dziecku.
 - Idź, zaczekam tu i odwiozę was do domu. - tym zdaniem zmusił ją by na niego spojrzała. Już miała się sprzeciwić, ale jego uśmiech zamknął jej usta. - To na prawdę nie jest żaden problem, poczekam. - zacisnęła wargi w jedną linię i zamknęła drzwi samochodu.
   - Brawo, wkopałeś się. - mrukną posępnie sam do siebie patrząc jak wchodzi do budynku szkoły. Myśli kotłowały się w jego głowie. Klął sam na siebie, że wcześniej tego nie przemyślał, bo teraz nie wiedział nawet od czego zacząć. Już po paru minutach z budynku wyszła dziewczyna z sięgającym jej talii chłopcem, który na widok samochodu rozpromienił się i zerwał do biegu zostawiając zaskoczoną siostrę daleko w tyle.
   - Cześć David! - właściciel samochodu zamrugał gwałtowanie zszokowany i odwrócił się do dziewięciolatka, który właśnie otwierał tylne drzwi.
   - Cześć dzieciaku. - powiedział lekko unosząc brwi. Najwidoczniej nawet to dziecko wiedziało więcej niż oni. W tym samym momencie do auta dotarła pogrążona w myślach dziewczyna. Otworzyła przednie drzwi i zajęła miejsce pasażera. - Jak w szkole? - postanowił ciągnąć tą rozmowę jakby prowadzili podobne tysiące razy.
   - W porządku, ale Mia znów mi dziś dokuczała, zrobiłem tak jak mówiłeś, ale się nie odczepiła. - poskarżył się dzieciak, a para z przodu wymieniła jednoznaczne spojrzenie.
   - Może po prostu jej się podobasz. - zasugerowała dziewczyna patrząc jak David wyjeżdża ze szkolnego parkingu. - Timon, zapnij pasy.
   - To samo mówiłaś tydzień temu. - chłopiec przewrócił oczami na tylnym siedzeniu spełniając jej prośbę.
   - To trzeba było mnie słuchać. Zaproś ją do nas jutro po szkole. - zaproponowała wymyślając na poczekaniu jakąś siostrzaną radę, choć nie wiedziała nic o żadnej Mia'i.
   - A odbierzesz mnie jutro z Davidem? - zapytała podejrzliwie, jakby to był jedyny argument, który mógłby go przekonać do zaakceptowania jej planu.
   - Jasne, jeśli twoja siostra nie ma nic przeciwko. - kierowca zerknął na nią kątem oka, a ona spojrzała na niego wymownie. Jej zdaniem to nie był dobry pomysł. Mieli przed sobą poważną rozmowę, nie miała żadnej pewności, czy jutro będą normalnie rozmawiać.
   - Pysznie. - odparł blondyn poprawiając okulary na nosie i już więcej się nie odezwał. Melissa po cichu pokierowała Davida jak dojechać do jej domu i kazała mu zaparkować przy środkowej klatce w trzy piętrowym bloku mieszkalnym. Wysiadła z samochodu i otworzyła drzwi swojemu bratu. - A ty nie wchodzisz? - zapytał Timon patrząc na Davida, a ten nie miał pojęcia co powinien mu odpowiedzieć. - Zawsze wchodzisz. - dodał chłopczyk.
   - Jeśli twoja siostra nie ma nic przeciwko... - zaczął, ale znów brutalnie mu przerwano.
   - Dziwnie się dziś zachowujecie. - stwierdził chłopczyk patrząc to na jedno to na drugie. Dziewczyna skapitulowała.
   - Wejdź, jasne. - natychmiast zgasił silnik. Zadziwiające jaką moc mają dzieci, pomyślał uśmiechając się pod nosem i wszedł razem z nimi do mieszkania na parterze. - Niedługo powinien wrócić mój ojczym i młodsza siostra... - w momencie gdy wypowiedziała te słowa drzwi za nimi otworzyły się i do środka wszedł Mark z Lucy, przyrodnią siostrą dziewczyny. Czterolatka na widok chłopaka uśmiechnęła się szeroko pokazując wielką szparę między jedynkami i pobiegła w jego stronę. David wziął ją na ręce jakby robił to za każdym razem. Cała ta sytuacja coraz mniej jej się podobała.
   - Cześć... - zaczął patrząc z błaganiem o pomoc na dziewczynę.
   - Lucy. - szepnęła.
   - Lucy. - dokończył mierzwiąc dziewczynce włosy. - Miło cię znów widzieć. - dziewczynka zachichotała uroczo i zaczęła się kręcić żeby postawił ją na ziemi. Szybko spełnił jej życzenie. Mel korzystając z okazji złapała go pod ramię.
   - Jakbyście nas szukali, będziemy u mnie. - siłą wyciągnęła Davida z przedpokoju korytarzem do siebie. Zamknęła za nimi drzwi i spojrzała na niego niepewna co powinna zrobić. - Usiądź gdzieś. - zaproponowała opadając na łóżku, ale on wciąż stał i tylko na nią patrzył.
   - Przestań. - zażądał stanowczym tonem. - Zachowujesz się jakby ta cała plotka zwiastowała koniec twojego życia. To aż tak okropna wizja być moją dziewczyną? - prychnęła pod nosem. To chciał mi tak koniecznie powiedzieć?! Krzyczała w myślach.
   - Nie wierzę, więc chodzi o twoją męską dumę? Wydaje ci się, że na samą myśl będę skakać z radości? - zabrzmiało to ostrzej niż chciała. Czasami nie panowała nad własnymi myślami i wyrzucała je z siebie jak z karabinu.
   - Co? Oczywiście, że nie o to chodzi, ale zachowujesz się jakby to była jakaś wielka tragedia! - odpyskował jej uniesionym tonem. - Skąd wiesz, że ja nie mam podobnego podejścia? - zerwała się z miejsca.
   - Jak możesz tak odwracać kota ogonem?! Na stołówce wystarczająco jasno dałeś do zrozumienia co o tym myślisz! " Skoro jesteśmy razem", tak powiedziałeś!
   - Wcale nie! - dobrze wiedział, że to były jego słowa, ale nie chciał się do tego przyznawać.
   - Właśnie, że tak!
   - Dobra, nawet jeśli to dlaczego reagujesz tak emocjonalnie?! - złapał ją za ramiona i lekko potrząsnął. - Nie dałaś mi nawet dokończyć! Wcale nie mówię, że powinniśmy być razem skoro tak mówią plotki z niepewnego źródła. Jasne, masz racje, nie znamy się, wiem o tym lepiej niż myślisz! Przestań traktować mnie jak idiotę!
   - To przestań się tak zachowywać! Plotka z niepewnego źródła? Czyli jakby była z pewnego to byś to zaakceptował bez mrugnięcia okiem? - jej ton był coraz mniej przyjemny, widać było, że szykuje się na walkę.
   - Jezu kobieto, uspokój się wreszcie! - warknął w końcu. - Chociaż posłuchaj co chcę ci powiedzieć! - umilkli na chwilę. Złość powoli zmieniła się w sceptycyzm. Skrzywiła się wymownie i przeniosła ciężar ciała na jedną nogę. Skrzyżowała ręce na piersi dając mu znak, że czeka na jego wyjaśnienia. - Pomyśl, co się stało po szkole? Dlaczego byłaś taka agresywna? - nie dała po sobie poznać lekkiego zmieszania jakie teraz czuła. Było jej wstyd za swoje zachowanie, ale była w trybie "walki" i tak szybko się nie podda. - Rozluźniłaś się dopiero gdy złapałem cię za rękę. Słyszałaś o czymś takim jak pamięć mięśniowa? - skinęła lekko głową. Z zadowoleniem zauważył, że zaczyna do niej docierać. - To nie jest pierwszy raz kiedy reagujemy na siebie nawzajem. Też byłem zdziwiony gdy Gai z tym wyskoczyła, ale coś może w tym być. Spójrzmy na to szerzej. Może ta cała teoria z czyszczeniem pamięci nie jest wcale tak absurdalna jak się wydaje?
   - Jasne, sugerujesz, że rząd postanowił wyczyścić nam mózgi?
   - Czemu akurat rząd? - zapytał zdezorientowany.
   - Luke mówił, że jego brat nad tym pracuje, czy coś takiego. - przypomniała mu przewracając oczami. Faktycznie, coś mu świtało jednak  gdy zaczynali tę rozmowę w głowie miał tylko to co wcześniej powiedział mu Brian nazywając Melissę "laską". Kumpel sprawił, że spojrzał na nią z zupełnie innej strony. Co prawda wydawała mu się na swój sposób ciekawa, ale nie zwracał uwagi na to jak wygląda, dlatego podczas obiadu przypatrywał się jej i ten fragment rozmowy niepostrzeżenie mu umknął.
   - Dobra, nawet jeśli to jest gówniany pomysł, jeśli między nami faktycznie coś było, nie chcesz wiedzieć co to było i dlaczego o tym zapomnieliśmy?
   - Jasne, że chcę, ale... - zamilkła na chwilę spuszczając wzrok. - Ale nie chcę. - złapał się za głowę i odchylił ją gwałtownie wydając z siebie zirytowany jęk.
   - Baby... Jak możesz... - zawiesił się na chwilę patrząc ponad jej głowę. - Co to za pudło? - zapytał wskazując na szafę. Kompletnie zapomniał o czym chciał jej powiedzieć, ale jej zdaniem tak było nawet lepiej. Od rana nic tylko się kłócili.
   - Jakie pudło? - podążyła za jego wzrokiem. Na szafie stało czerwone pudło pomalowane flamastrami w różnokolorowe wzorki. Z jednej strony oboje mieli wrażenie, że już kiedyś je widzieli, a z drugiej było czymś kompletnie nowym. - Dziwne, nigdy go nie widziałam... Może moja mama je tam położyła.
   - Sprawdzimy co jest w środku? - zapytał marszcząc brwi. Miał złe przeczucia, ale mimo wszystko wolał sprawdzić zawartość. I wcale nie chodziło o to, że nie chciał by Melissa została z tym sama. Wcale nie przychodziły mu do głowy różne myśli odnośnie potencjalnie niebezpiecznej zawartości, ani nic z tych rzeczy.
   - Jasne. Dasz radę je zdjąć?
   - Raczej tak. Masz jakieś krzesło? - rozejrzał się wokół siebie, ale faktycznie w pomieszczeniu było tylko łóżko, komoda i szafa. Nie zapytał dlaczego, sama by mu powiedziała gdyby chciała. - Chodź, podsadzę cię. - westchnął w końcu zdejmując skórzaną kurtkę.
   - Co? Nie! - odsunęła się parę kroków dla własnego bezpieczeństwa.
   - O, czyli wolisz mnie podsadzić? Nie sądziłem, że możesz mieć taką siłę w rękach... - uniósł brwi zakładając ręce na piersi. Toczyła ze sobą zażartą walkę nim się poddała. - Nie martw się, nie pozwolę ci spaść. - z zadziornym uśmiechem wyciągnął do niej dłoń. Nie znosiła takich zagrań, były dziecinne i, na litość boską! Takie irytujące! Przewracając oczami podeszła do niego i pozwoliła się podsadzić.
   - Jeśli mnie puścisz, nie dożyjesz jutra. - obejmował jej uda, czuła jak jego klatka piersiowa zatrzęsła się od śmiechu. Sięgnęła po pudło i powoli je wysunęła, objęła obiema rękami i upewniwszy się, że nie jest narażona na atak pająków, zdjęła pudło. - Mam! Postaw mnie. - zażądała niemal natychmiast. Specjalnie, by móc się z nią podroczyć, zajęło mu to więcej czasu niż w rzeczywistości potrzebował, ale gdy w końcu stanęła pewnie na ziemi, jego uwagę przykuł przedmiot w jej rękach. Z bliska wydawał się mniejszy, ale wciąż wzorzysty.
   - Otworzysz, czy ja mam to zrobić? - uniósł brwi widząc jej niezdecydowanie. Fuknęła cicho zdejmując wierzch. W środku znajdowało się całe mnóstwo rzeczy, które absolutnie nie były jej do niczego potrzebne. Parę starych bransoletek, pierścionków, kolczyków i naszyjników. Jej wzrok przykuł jeden, z błękitnym, przeźroczystym kamieniem wielkości paznokcia, ale szybko straciła go z oczu. - Co to? - spojrzała na kartkę którą wyjął. Odłożyła pudło na łóżko tracąc zainteresowanie resztą zawartości i przyjrzała się jego znalezisku. Kartka wyrwana z kalendarza z datą dwudziestego ósmego września. - To dzień w którym zniknęliśmy, prawda? - skinęła powoli głową.
   - A to niewątpliwie mój charakter pisma. - wskazała na zdanie napisane czarnym długopisem pod datą. "Trzymaj oczy szeroko otwarte."

***

   Był środek nocy gdy wybiegła na pusty parking przed dawno zamkniętym centrum handlowym. Ubrana była cała na czarno, w ręku trzymała pistolet, a na plecach czuła przewieszony karabin. Ciężko dyszała ze zmęczenia, czuła się brudna i wściekła pewnie trzymając broń w dłoni. Włosy związane miała w ciasny kitek na czubku głowy, ale jeden kosmyk wydostał się na wolność i ograniczył jej pole widzenia. Wokół niej walczyli ludzie, jej przyjaciele. Osoby którym ufała ponad wszystko. Walczyli z wielkimi człekokształtnymi stworami.
   Potwory miały ludzką sylwetkę i gdyby stały, miały by około trzy, może cztery metry wzrostu. Poruszały się pokracznie, jak zwierzęta na nogach i rękach. Miały czarną cienką skórę przypominającą trochę łuski, która opinała się na kościach. Odznaczający się kręgosłup wił się we wszystkie strony wywołując u niej obrzydzenie. Ich głowa przypomniała ludzką czaszkę osadzoną na długich szyjach, ale było w nich coś nie tak. Gdy otwierali cienkie, czarne wargi ich jama ustna przypominała czarną dziurę otoczoną paroma rzędami ostrych białych kłów. Nie miały oczu, ale w ciemności wydawało się, że widać błyski szmaragdowych ślepi.
   - Tiff, uważaj! - odwróciła się błyskawicznie i zobaczyła jak między nią a pełznącego w jej stronę upiora, wskoczył trochę wyższy od niej chłopak. Wyciągnął zza pasa srebrny miecz i przeciął cienką skórę na piersi demona w momencie gdy ten uniósł się do ataku. Na ziemię wylała się czarna krew, usłyszała przeraźliwy wrzask. Wycelowała broń i strzeliła, ale było już za późno. Widziała jak stwór uniósł potężną łapię i zamachnął się szpiczastą dłonią. Chłopak upadł na kolana, a potem na ziemię. Jego głowa potoczyła się aż pod jej nogi. Zobaczyła przerażenie w jego oczach i bezruch na szarzejącej twarz. Krzyknęła najgłośniej jak potrafiła i... otworzyła oczy.
   Wczorajszej nocy przyśnił jej się koszmar i następnego dnia, za każdym razem gdy zamykała oczy widziała przed sobą odciętą głowę nieznanego chłopaka. Z jakiegoś powodu od kiedy poznała ich wszystkich zaczynały dziać się z nią dziwne rzeczy, nie chciała tego. Czuła, że zaczyna wariować, jakby ktoś sprawdzał siłę jej charakteru. Przez całą środę unikała reszty "Mieszańców", a i oni jakoś nie kwapili się by ze sobą rozmawiać. Widziała tylko jak David i Melissa kłócą się na korytarzu i wracają razem do domu, ale obiad każdy z nich zjadł osobno. Właściwie wszystko zapowiadało się jakby miało wrócić do normy.
   Do końca tygodnia był względny spokój, ale od następnego poniedziałku znów śniły jej się dziwne rzeczy, czuła się przytłoczona, jakby ktoś szeptał jej do ucha pesymistyczne myśli. Powoli, stopniowo zaczynała w nie nawet wierzyć. Pogrążała się w swojej beznadziei do następnego piątku, bo wtedy znów zaczęło się wszystko mieszać.

piątek, 2 października 2015

Rozdział 1 - Piąty października

   Była godzina 7:50 gdy pchnęła jedne z sześciu szklanych drzwi i weszła do ocieplanego budynku szkoły. Melissa MaClark, średniego wzrostu trzecioklasistka z Kennedy High School w Bloomington, jednego z bliźniaczych miast wokół Minneapolis, stolicy stanu Minnesota, nie miała pojęcia co czeka ją w tym tygodniu, bo gdyby wiedziała, prawdopodobnie nie wyszła by tego dnia z łóżka.
   Kennedy High School było tym większym spośród dwóch liceów w Bloomington. Cztery parkingi otaczały trzy budynki szkoły w tym główny w kształcie walca gdzie była stołówka i odbywały się lekcje nauk ścisłych. Szkoła posiadała boisko rugby, siedem kortów tenisowych, dwa boiska piłki nożnej i dwa do softball'u nie wspominając o przystosowaniu terenu do sportów lekkoatletycznych, czyli między innymi biegi, rzut oszczepem, skoki w wzwyż i w dal. Drugi budynek był znacznie większy niż ten okrągły. Oprócz sal lekcyjnych (głównie zajęć humanistycznych) była tam pracownia artystyczna, aula używana głównie przez kółko teatralne lub do przeprowadzenia apelów, a także część administracyjna, czyli gabinety dyrektora, psychologa, pokój nauczycielski i biblioteka. Trzeci budynek był tak zwanym "Kennedy Activity Center" czyli basen, lodowisko dla hokeistów, dwie sale gimnastyczne i boisko koszykarskie.
   Trzymając przy piersi książki potrzebne jej na pierwszą część dnia ruszyła korytarzem, ale już po paru metrach wszystko wypadło jej się z rąk. Z jękiem niezadowolenia uklękła i zaczęła zbierać rozrzucone materiały, kiedy kątem oka zauważyła zbliżającą się do niej parę czarnych vans'ów, a ich właściciel kucną przed nią i podniósł z ziemi czarny, skórzany notes. Włożyła wszystko do torby i podniosła się czym prędzej zabierając mu swoją własność. Uniosła głowę by spojrzeć w jego czekoladowe oczy. Zdecydowanie od niej wyższy, ciemnoskóry chłopak uśmiechnął się i z zakłopotaniem podrapał po głowie. Jego włosy przypominały burzę loków gładko zaczesanych w kitka. Odkryte fragmenty skóry błyszczały delikatnie od potu.
   - Dziękuję. - zaczęła lekko się rumieniąc. Nie znosiła gdy ktoś poza nią dotykał tego konkretnego notesu. Był jej prywatną własnością, którą nienawidziła się dzielić.
   - Nie ma za co. - uśmiechnął się niepewnie, ale wciąż stał przed nią zamiast uciekać w te pędy, co odebrała jako dobry znak. Oboje sprawiali wrażenie jakby chcieli coś powiedzieć, ale za bardzo się wstydzili. Cisza krępowała ją jeszcze bardziej, dlatego gorączkowo szukała tematu, który mogłaby poruszyć.
   - Wf z rana? - zapytała o pierwszą rzecz jaka wpadła jej do głowy, a on odpowiedział cichym śmiechem. Zawsze uważała, że słoń nadepnął jej na ucho, ale ten chłopak miał niski, wyjątkowo kojący głos.
   - Nie. Pomyślałem, że poćwiczę przed lekcjami. - wytłumaczył się wciąż wyglądają na zdenerwowanego, dlatego palnęła pierwsze co jej ślina na język przyniosła.
   - Postawa godna naśladowania. Tańczysz? Coś słyszałam, że przerobili jedną z sal gimnastycznych na studio taneczne. - pochwaliła odgarniając z twarzy czekoladowe kosmyki.
   - Dzięki. Jestem Jared. - wyciągnął w jej stronę dłoń. Odwzajemniła gest. Ciepło bijące od niego rozlało się po całym jej ciele, ale nie to ją zaskoczyło. Zadziwiające było wrażenie, że już kiedyś czuła podobne ciepło, że kiedyś dotykała tej wielkiej dłoni, że kiedyś słyszała ten głos. Wypełniła ją tęsknota i radość, której wcześniej nie odczuwała. Patrzyła na ich splecione dłonie z szeroko otwartymi oczami.
   - Czujesz to? - odchrząknęła widząc jego nierozumiejące spojrzenie. - Melissa.
   - Miło cię poznać. To coś ważnego? - zdawała sobie sprawę, że on jedynie próbuje zmienić temat, ale mimo to podążyła za jego wzrokiem do zeszytu, który kurczowo przy sobie trzymała.
   - Można tak powiedzieć, tak mój mały skarb. - odpowiedział jej najcieplejszym, najbardziej przyjaznym uśmiechem jaki kiedykolwiek widziała.
   - Rozumiem. Cóż, do zobaczenia później, Mel. - dopiero teraz puścił jej rękę i wmieszał się w tłum. Stała wpatrując się w swoją dłoń jakby zobaczyła ją po raz pierwszy, nigdy nie zwróciła uwagi na to jak małe one są. Mel... W jego ustach brzmiało to nawet uroczo... Czekała aż przyjemne wspomnienie tego dotyku całkowicie ją opuści. Z chwilowego otępienia wyrwał ją dzwonek zwiastujący rozpoczęcie pierwszej lekcji.
   Poniedziałkowy plan zajęć rozpoczynały dwie godziny historii sztuki, przedmiot który wybrała jako przysłowiową "zapchaj dziurę". Weszła do klasy i przywitała się z przysadzistą nauczycielką po czterdziestce. Profesor Brown przez następne dwie godziny miała monotonnym tonem opowiadać o sztuce starożytnej Grecji, podczas gdy uczniowie zajmowali się swoimi sprawami. Melissa była jedną z nielicznych osób, które spędzały ten czas produktywnie. Włożyła słuchawki, puściła ulubioną playlistę, tworzyła notes i zaczęła czarować.
   Zawsze uważała się za jedną z tych "artystycznych dusz". Nie miała co prawda za grosz talentu aktorskiego, nie śpiewała, nie potrafiła rysować, rzeźbić ani grać na jakimkolwiek instrumencie. Nie, jej domeną nie była żadna z tych rzeczy. Ona bawiła się słowem. Słowa łączyła w zdania, zdanie w opisy ludzi, miejsc i zdarzeń, które potem dzieliła na akapity tworząc zgrabne opowiadania wszelakiej tematyki. Marzyła by któregoś dnia stać się autorką bestsellerów i móc żyć z tego co kocha najbardziej, dlatego wybierała się na wydział literatury na pobliskim uniwersytecie.
   Jak codziennie po drugiej lekcji poszła na stołówkę by zjeść drugie śniadanie. Z dzisiejszego menu wybrała bułeczkę cynamonową i jogurt naturalny po czym skierowała się do stolika przy którym siedzieli jej znajomi. Stołówka była wielkim okrągłym pomieszczeniem o około sześciu metrach wysokości. Gdy odebrało się jedzenie od kucharek można było albo zostać na dole, albo wejść po schodach na pół piętro. Część ściany od strony szkolnego boiska była od podłogi po sam sufit oszkolona co wpuszczało do pomieszczenia dużo światła Reszta miła żywy żółty kolor, a nad wejściem do kuchni namalowano godło szkoły - żółto niebieskiego orła.
   - Cześć! - przywitała się zajmując miejsce obok Claudii, swojej przyjaciółki z podstawówki. Odpowiedziała jej głucha cisza podczas której wszyscy wpatrywali się w nią jakby zobaczyli ducha. Uniosła lekko brwi odpowiadając milczeniem.
   - Już... się najadłam. Do zobaczenia później. - powiedziała jedna z dziewczyn wstając i pospiesznie odeszła od stolika. W jej ślady podążyła cała reszta towarzystwa, ale w ostatniej chwili szatynka złapała Claudie za nadgarstek.
   - O co chodzi? Zachowujecie się jakbym była trędowata... - zażartowała, choć wcale nie było jej do śmiechu. Nie miała pojęcia co zrobiła, że nagle wszyscy się na nią obrazili.
   - Przepraszam Mel, ale... - blondynka cicho westchnęła i usiadła z powrotem wpatrując się poważnie w przyjaciółkę. - Sama się od nas odwróciłaś, a teraz siadasz z nami jak gdyby nigdy nic. Z resztą... Gdzie byłaś przez ten tydzień?
   - Słucham? - zapytała kompletnie zbita z tropu. Przecież nie opuściła ani jednego dnia od początku roku.
   - Właśnie o tym mówię. - dziewczyna założyła kosmyk włosów za ucho. - Znikasz bez słowa, a teraz nawet nie chcesz powiedzieć gdzie byłaś. Cała ta twoja ekipa zniknęła, uwierz po szkole chodzą różne plotki... Mel nadal jesteśmy przyjaciółkami, ale przykro mi... - wstała z taką miną, jakby na prawdę było jej przykro. - Myślę, że lepiej by było gdybyś więcej z nami nie siadała. - po tych słowach odwróciła się i zostawiła osłupiałą dziewczynę samą.
   Ugryzła się w wewnętrzną stronę policzka żeby odgonić łzy. No co ty, Mel! Krzyczała na siebie w myślach, chyba nie będziesz ryczeć z takiego powodu! Wściekła wrzuciła jogurt do torby i odgryzając kawałek bułeczki pomaszerowała na następną lekcje.
   Cudem dotrwała do przerwy obiadowej. Miała wrażenie, że wskazówki zegara wcale się nie poruszają. Wzięła sałatkę grecką i smoothy bananowe, i zaczęła rozglądać się po stołówce. Nie miała zamiaru znów siadać do swoich "przyjaciół". Wystarczająco jasno dali jej do zrozumienia, że nie jest wśród nich mile widziana, dlatego stała teraz na samym środku poszukując wolnego stolika i narażając się na wścibskie spojrzenia innych uczniów. Ludzie ze stolika obok już zaczynali chichotać, gdy poczuła jak ktoś łapie ją pod ramie i ciągnie w stronę, jak się okazało, jedynego wolnego miejsca, które nie było wcale wolne bez przyczyny. Stolik znajdował się w najgorszym możliwym położeniu, w rogu sali przy śmietnikach na resztki.  Drugi raz tego samego dnia przez zwykły dotyk miała ochotę krzyczeć, jednak tym razem to uczucie było spotęgowane.
   Zmierzyła wzrokiem swojego wybawce i faktycznie - wyglądem zasługiwał na miano rycerza na białym koniu. Na ratunek ruszył jej nie kto inny jak David Biss obracający się w kręgach "tych popularnych". W Kennedy High School krążyło całe mnóstwo plotek wokół jego osoby, które mimochodem do niej docierały. Słyszała o jego pracy jako modela bielizny, jego dziewczynach - studentkach i niepowtarzalnym talencie muzycznym, o który zabijali się przedstawiciele największych wytwórni muzycznych Stanów Zjednoczonych.  Nigdy nie zwracała na niego szczególnej uwagi, na pewno nie tyle co inni, ale sama przed sobą musiała przyznać: był przystojny.
   Posadził ją na przeciw siebie dając możliwość by dokładniej mu się przyjrzała. Ciemne oczy, ciemne włosy, oliwkowa skóra i wyrazisty zarys szczęki to jedne z głównych czynników sprawiających, że przypadł do gustu tak wielu dziewczynom, nie wspominając o dobrze zbudowanym ciele. W sposobie jakim się poruszał było coś hipnotyzującego przez co miała ochotę wziąć długopis w rękę i dokładnie go opisać. Jednak teraz, czym dłużej się w nią wpatrywał tym bardziej miała wrażenie, że nie powinien być tu teraz z nią.
   - Przepraszam ale... Moi kumple nie chcą ze mną gadać i gdy zobaczyłem jak stoisz na środku i nie wiesz w którą stronę iść, pomyślałem, że możemy nawzajem sobie pomóc. - cóż... Może jednak powinien tu z nią teraz być... Nagłe wyznanie było tak szokujące, że zamrugała gwałtownie i parsknęła cicho zakrywając usta dłonią. Zrobiła się cała czerwona. Nie należała do osób śmiałych przy pierwszym kontakcie, z reguły na początku niewiele mówiła, dopiero za którymś razem nabierała śmiałości by prowadzić swobodną pogawędkę. Ten lunch zaczął się nieźle zapowiadać.
   Podczas gdy ona próbowała doprowadzić się do porządku, on patrzył na nią z zadowolonym uśmiechem. Lubił gdy dziewczyny się śmiały, a ona posiadała ten rodzaj melodyjnego śmiechu, którego lubił słuchać najbardziej. Wyciągnął rękę w jej stronę gdy znów na niego spojrzała.
  - David Biss. - przedstawił się.
  - Wiem kim jesteś. - odparła ściskając mu dłoń na przywitanie.
  - Wiesz? - uniósł brwi nie kryjąc rozbawienia. - W takim razie mi powiedz. - zachęcił, a ona z przyjemnością odbiła piłeczkę. Jego zachowanie ośmielało ją w sposób w jaki jeszcze nikomu się nigdy nie udało.
  - Obiekt westchnień cheerleaderek przez sam fakt, że jesteś w drużynie rugby - z pozoru typowy sportowiec, ale przez nauczycieli nazywany cudownym dzieckiem. Czarny pas w karate zdobyłeś w wieku piętnastu lat. Nie dość, że popularny to jeszcze inteligentny - geniusz w dziedzinie chemii, w zeszłym roku wygrałeś stanową olimpiadę chemiczną. - podczas jej wypowiedzi, nawet nie mrugnął, ale gdy skończyła, wydawał się jakiś naburmuszony, wydawał jej się jak małe dziecko, które obraża się, że nie dostało cukierka.
  - Wcale nie powiedziałaś kim jestem. - zaprzeczył, a ona uniosła brwi.
  - Powiedziałam. Nie powiedziałam jaki jesteś, przecież cię nie znam. - wzruszyła ramionami nabijając list sałaty ma widelec i włożyła go do ust.
   - Dobra, wygrałaś... - zawiesił się w pół zdania i już nie dokończył. Słowo utknęło mu w gardle.
   - Melissa MaClark. - podpowiedziała nagle tracąc resztki dobrego humoru. To nie jest przyjemne uczucie, gdy ktoś nie pamięta twojego imienia.
  - Tak, wiem. - zaskoczył ją miękki ton jego głosu, który gdy to powiedział, sprawił, że po plecach przebiegł jej przyjemny dreszcz. Nie zapytała skąd zna jej imię, nie chciała niszczyć napięcia, które powstało między nimi. Nawet nie zastanowiła się nad tym co chciał powiedzieć. Zjedli w ciszy i rozeszli się w swoje strony bez słowa pożegnania. Wydawało jej się to jak najbardziej na miejscu. Już na samym początku zostali przydzieleni do innych grup. W Kennedy uczniowie niestety kładli szczególny nacisk na podział między sobą. Sportowcy nie rozmawiali z nerdami, a nerdzi trzymali się z dala od artystów. Przychodziło to naturalnie i od kiedy chodziła do tej szkoły, jeszcze nie widziała by ktoś wyszedł poza szereg. Aż do dziś, rzecz jasna.
   Postanowiła wykorzystać ostatnie piętnaście minut przerwy by zapalić i wrócić na angielski. Wyszła z głównego budynku i przebiegła przez pustą ulicę. Uczniowie Kennedy obrali tył stacji benzynowej Holiday za tak zwaną "palarnie", a i tym razem stała tam pokaźnej wielkości grupa palaczy. Dostrzegła Norę, czerwonowłosą buntowniczkę. Miała cale mnóstwo kolczyków w uszach i jeden w nosie. Z dumą reprezentowała swoją subkulturę. Kawałek za nią z królewską postawą paliła Gai Rosewood - szkolna królowa. Nikt nie ośmielał się zaleźć jej za skórę ze strachu przed jej legendarną zemstą. Gai była szczupłą dziewczyną z ogromnymi piersiami, co biorąc pod uwagę jej sześćdziesiąt centymetrów w talii, zdaniem Mel wyglądało fenomenalnie. Miała owalną twarz, duże zielone oczy i wydatne usta. Wiecznie wyprostowane, puszyste włosy sięgały łopatek i opadały jej na ramiona.
   Wyciągnęła z torby paczkę Marlboro i włożyła papierosa do ust, jednak nie mogła znaleźć nic by go podpalić. Przechodząca obok niej Gai, wyciągnęła z kieszeni zapalniczkę z różowej kurtki od Hilfigera i pozwoliła Mel z niej skorzystać.
   - Dziękuję. - powiedziała szatynka, a w odpowiedzi dostała lekki uśmiech. Przez chwilę obserwowała jak dziewczyna idzie ulicą grzechocąc bransoletkami. Może wcale nie jest taka straszna jak wszyscy uważają?
   Przez następną lekcję zastanawiała się nad słowami Claudii podczas śniadania. Nie potrafiła na niczym się skupić, wciąż tylko wpatrywała się w okno tworząc w głowie różne wymówki dla słów przyjaciółki. Do sali wszedł chłopak z pierwszej klasy i przekazał nauczycielce karteczkę, po czym uciekł najszybciej jak potrafił. Kobieta uniosła lekko brwi.
  - Melissa MaClark i Nora Halleway. Macie udać się do gabinetu dyrektora. - wstając ze swojego miejsca Mel miała wrażenie, że przekazanie im tej wiadomości dało kobiecie dużo satysfakcji.
   - Jędza... - wyrwało jej się. Na szczęście mówiła szeptem, ale i tak parę osób się zaśmiało.

***

   Do gabinetu dyrektora szła jak na ścięcie. Zastanawiała się czy może chodzić o to, że paliły za stacją benzynową kiedy powinny znajdować się na terenie szkoły i czy będzie tam ktoś jeszcze, czy tylko one dwie zostały zauważone. Zerknęła z ukosa na Norę, ale dziewczyna nie wydawała się być specjalnie przejęta, jakby sytuacja wcale jej nie dotyczyła i znalazła się tam przypadkiem, a całe to wezwanie to jedno wielkie nieporozumienie, które zaraz wyjaśni. Napotkała spojrzenie brązowych oczu.
   - Raczej nie chodzi o fajki. - rudowłosa sama zaczęła rozmowę czego Melissa nigdy by się po niej nie spodziewała. Była raczej milczącym typem, rzadko kiedy odzywała się do kogokolwiek.
   - Skąd wiesz? - zapytała poprawiając torbę na ramieniu. Nora uśmiechnęła się pobłażliwie.
   - Bo wiem jak wygląda samochód dyrka i wiem, że nie przejeżdżał koło stacji gdy tam byłyśmy. Mogę się założyć, że nawet nie wyszedł z tego swojego obskurnego gabineciku. Melissa, prawda? - szatynka skinęła głową. Nigdy nie słyszała od niej tak dużo słów na raz. Wyższa o głowę Nora uniosła dłoń i powoli się do niej zbliżyła. W pierwszej chwili Mel zacisnęła oczy w obawie... W zasadzie sama nie wiedziała czego się przestraszyła. - Nie przejmuj się, to na pewno nic poważnego. - czuła jak długie palce przeczesują jej włosy gdy Nora głaskała ją po głowie. Od razu się rozluźniła. W geście było coś czułego, wręcz siostrzanego, miała wrażenie, że dziś wszyscy są dla niej wyjątkowo mili. To był dziwny dzień, można by pomyśleć, że wszystko szło jej źle a równocześnie jakby było na swoim miejscu. Spojrzała na nią podejrzliwie. Czyżby coś było na rzeczy? Czemu nagle dzieje się coś takiego?
   - Dzięki. Jak to powiedziałaś jakoś tak... od razu mi lepiej. - nie spodziewała się po dziewczynie tak ciepłego uśmiechu jaki pokazała teraz. Mogła by przysiąc, że znają się od dawna i są dobrymi przyjaciółkami. 
   - Nie ma sprawy Mel. - dziewczyna zabrała rękę gdy wyszły na główny korytarz. Stało tam jeszcze parę osób spośród których rozpoznała Davida, Gai i Jared'a. Od razu zrozumiała, że Nora ma racje i nie może chodzić o papierosy, w końcu i Jared i David byli sportowcami, którym zwyczajnie nie wypadało palić.
   - Jeszcze dwie? - Gai westchnęła cicho osuwając się po ścianie na ziemię. Najwyraźniej miała nadzieję na szybkie załatwienie sprawy.
   - Tak, na to wygląda. - mruknęła szatynka przykuwając uwagę królowej.
   - Melissa, tak?
   - Mel. - wydawało się, że Jared poprawił ją automatycznie, a teraz stał oparty o ścianę i uśmiechał się do dziewczyny. - Cześć.
   - Witaj znów... Mel. - David wciął się zanim zdążyła odpowiedzieć. Patrzył na tancerza nieprzychylnym wzrokiem.
   - Cudownie. Może wszyscy się poznamy i stworzymy kółko różańcowe? - spojrzeli na przewracającego oczami blondyna. Chłopak nosił okulary z grubymi czarnymi oprawkami. Ubrany był w zapiętą po szyję czarno białą koszulę w kratę i krawat. Jedyne co niszczyło jego nerdowski wizerunek to kolczyk w dolnej wardze i finezyjnie postawione włosy.
   - Wspaniały pomysł, ty pierwszy. - zaproponowała sarkastycznie blondynka siedząca na ziemi między nim a Gai. Miała buty na lekkim obcasie i obcisłą małą czarną. Sukienka była zabudowana pod szyję i miała ramiączka długości t-shirtu, choć opis może brzmieć śmiesznie, dziewczyna wyglądała w niej na prawdę szykownie i elegancko.
   - Uważaj bo jeszcze zawstydzisz naszego Luke'a. - Melissa przeniosła wzrok z dziewczyny na chłopaka stojącego obok blondyna. Był ubrany w skórzaną kurtkę, a obok niego stał futerał na gitarę. Miał włosy dłuższe niż wypadało, ale nie dość długie by długimi je nazwać. Z szerokim uśmiechem odpowiedział na jej spojrzenie. - Jestem Andrew Smith, ale możesz mi mówić And... - nie dane było jej się dowiedzieć jak może mu mówić, bo przerwał gdy drzwi przed nimi otworzyły się i na korytarz wyjrzała sekretarka. Gestem nakazała im przejść przez sekretariat do gabinetu dyrektora.
   Wbrew temu co powiedziała jej wcześniej Nora, Melissa nie oceniła gabinetu dyrektora Dooley'a jako obskurny. Biała tapeta co prawda odchodziła już od ścian, podłogę i meble należało by wymienić bo nadgryzione zębem czasu nie wyglądały jakby nadawały się jeszcze do użytku, ale wnętrze oceniła jako przyjemne dla oka. Stanęli ściśnięci w zwartej grupie, nie dlatego, że byli sobie jakoś szczególnie bliscy, tylko dlatego, że było tam tak mało miejsca, że ledwo dwie osoby mogły swobodnie poruszać się po pomieszczeniu, nie wspominając o ośmiu. Z dyrektorem dziewięciu.
   Profesor Dooley był puszystym mężczyzną z rodzaju tych, dla których na noszenie garnituru było już niestety za późno. Na pierwszy rzut oka wydawał się młody, ale nie potrafił ukryć łysiejących zakoli na głowie. Gdy mówił jego liczne podbródki poruszały się w rytm jego słów. Sprawiał wrażenie wujaszka, który przyjeżdża raz w roku by przez całe święta pić piwo i opowiadać sprośne żarty.
   - Dzieci moje drogie, co ja mam z wami zrobić? - zapytał pochylając się w ich stronę  nad biurkiem. Melissa, która została wypchnięta na przód, odruchowo chciała cofnąć się o krok, ale wpadła na czyiś tors. Poczuła jak ktoś czule dotyka jej ramion. Syknęła cicho czując elektryczne impulsy przechodzące przez jej skórę. Podniosła głowę by spojrzeć kto to taki i od razu odwróciła wzrok widząc konspiracyjny uśmiech Davida. - Nie pomyślcie sobie, że nie rozumiem, bo rozumiem w pełni. Też w końcu kiedyś byłem młody, było to co prawda te dwadzieścia pięć lat temu gdy sam chodziłem do liceum, ale dobrze pamiętam te czasy... - nie przerywając mówienia cudem wstał z krzesła i chyba chciał obejść biurko, ale widząc, że nie ma miejsca, z powrotem opadł na swój fotel. Wszyscy wstrzymali oddech i odetchnęli dopiero gdy okazało się, ze mebel nie złamał się w pół pod ciężarem dyrektora. - Ale do rzeczy, bo wy przecież nie jesteście tu by słuchać mojej opowieści. No, czy któreś z was jest mi w stanie wytłumaczyć wasze zachowanie? - zapytał patrząc na każdego z nich po kolei, jednak oni nie mieli przecież pojęcia w jakiej sprawie zostali wezwani.
   - A mógłby pan przybliżyć temat rozmowy? - zapytała Gai zakładając ręce na piersiach.
   - Mówię oczywiście o waszej tygodniowej nieobecności. - No i znów, westchnęła cicho. Nie miała pojęcia o co chodzi, nie pamiętała by ostatni tydzień wagarowała. Właściwie czym dłużej się nad tym zastanawiała z coraz większym przerażeniem zdawała sobie sprawę z jednej bardzo istotnej rzeczy. Zeszłego tygodnia bowiem, nie pamiętała wcale. Spojrzała na kalendarz na ścianie z rodzaju tych, gdzie jedna kartka przypisany jest na jeden dzień. Zmarszczyła brwi. Coś tu nie pasowało. - Normalnie jeszcze przymknąłbym na to oko, jednak to nie pierwsza taka sytuacja jeśli chodzi o waszą grupę. - kontynuował dyrektor. - W zeszłym roku wielokrotnie zdarzało się wam wszystkim opuszczać lekcje, a nie chcemy przecież żeby ta sytuacja się powtórzyła. Pamiętajcie proszę, że uczęszczanie do szkoły jest waszym obowiązkiem, waszą pracą. Nie liczą się same wyniki, chociaż są najważniejsze, ale wasza obecność i praca na rzecz szkoły też jest bardzo istotna. Zawsze mogłem na was liczyć gdy coś trzeba było zorganizować i chciałbym w tym roku to kontynuować. Wracając do tematu, nie jest to co prawda wystarczająca liczba godzin, żebym musiał nałożyć na was jakąś poważniejszą karę, ale jestem zmuszony zatrzymać was dziś w szkole trochę dłużej. Każdy z was po zajęciach zgłosi się do biblioteki i w ramach kary, przez godzinę będzie pomagać w układaniu książek. Nie powinno to być dla was nic strasznego, w końcu jesteście przyjaciółmi, prawda? Teraz proszę wróćcie na lekcje i przemyślcie swoje zachowanie, bo przecież mówię to wszystko dla waszego dobra. Zainwestujcie w swoją przyszłość, bo ona nadchodzi wielkimi krokami. - zostali wyrzuceni z gabinetu zanim ktokolwiek z nich zdążył się choćby odezwać.

***

   - Przyjaciółmi?! - powtórzyła Gai, która najwyraźniej bardziej się przejęła tym niż samą karą. - Dlaczego nazwał nas przyjaciółmi?
   Do końca lekcji zostało niecałe dwadzieścia minut, dlatego wszyscy razem usiedli na głównych schodach i rozmawiali. A przynajmniej próbowali.
   - Nie wierze, że dali nam wszystkim karę za coś czego nie zrobiliśmy. To znaczy... Nie wiem jak wy, ale ja byłam w szkole w zeszłym tygodniu. - dodała Tiffany Vess poprawiając przy tym włosy. Melissa nie przyłączyła się do tej dyskusji, była zajęta siedzeniem na telefonie.
   - Mel, co robisz? - zapytał Jared opierający się o ścianę tuż obok niej.
   - Sprawdzam coś... - mruknęła wymijająco. Już drugi raz wyłączyła i włączyła telefon myśląc, że to może jakiś błąd oprogramowania, ale nie...
   - Co sprawdzasz? - wciął się Luke beznamiętnym tonem. Pewnie nie spytałby, gdyby nie jej wyraz twarzy. Dziewczyna podniosła spojrzenie błękitnych oczu i wbiła je wprost w chłopaka.
   - Co dzisiaj jest?
   - Poniedziałek. - odparł bez chwili wahania.
   - To wiem, ale data.
   - Dwudziesty ósmy września. - odpowiedział za niego Andrew wyciągając gitarę z futerału.
   - Na pewno?
   - Na sto procent. - zapewniła ją Nora przewracając oczami.
   - Czemu pytasz? - David wpatrywał się w nią z niepokojem. Melissa miała nietęgą minę. Przez chwilę badała wzrokiem ekran telefonu.
   - Co robiliście w zeszłym tygodniu? - zapytała znienacka zmieniając temat.
   - Chodziliśmy do szkoły? - odparła Gai coraz bardziej niezadowolona z pytań dziewczyny.
   - Dobra, a po szkole?
   - Nie twoja... - zaczęła opryskliwie Rosewood, ale w pół zdania wtrącił się Smith.
   - To co zwykle. Ćwiczyłem, a w piątek miałem koncert z zespołem...
   - Gdzie? - przerwała gitarzyście nie czekając aż skończy.
   - W... - zawiesił się. - Dziwne, nie pamiętam... - zapadła cisza, w trakcie której każdy próbował sobie przypomnieć szczegóły z minionego tygodnia.
   - Mam pustkę w głowie. - przyznała Tiffany. - Tak jakby ktoś...
   - Wymazał nam pamięć... - dokończył za nią David. Mel westchnęła cicho.
   - Dzisiaj nie jest dwudziesty ósmy... Mamy piąty października. - wyjaśniła pocierając czoło dłonią. Luke powoli wstał z miejsca.
   - Nora, możesz mi pomóc? - dziewczyna choć zaskoczona, wstała i podążyła za blondynem zostawiając resztę bez słowa wyjaśnienia.
   Skierowali się bezpośrednio do sali informatycznej, która na ich szczęście była pusta. Chłopak pchną drzwi i wpuściła do środka nową znajomą.
   - Jesteś w stanie w ciągu dziesięciu minut włamać się do szkolnej bazy danych i sprawdzić frekwencje każdego z nas z zeszłego tygodnia? Mógłbym to zrobić sam, ale pewnie zajęło by mi to parę godzin. - odpowiedział mu lekki uśmiech.
   - Pilnuj drzwi. - odparła tylko i wyciągnęła z torby laptopa. On tym czasem wyciągnął telefon i wysłał sms'a.
   - Pośpiesz się. - ponaglił zerkając przez małą szybkę w drewnianych drzwiach.
   - Robię co mogę. - odparła zirytowana włamując się do szkolnego dziennika elektronicznego. Mijały minuty gdy coraz mocniej marszcząc brwi dziewczyna stukała w klawiaturę. - Weszłam! - oświadczyła triumfalnie. - Kogo sprawdzić najpierw?
   - To nie ma znaczenia, sprawdź wszystkich. Zrób screen'y, zapisz je i przeżuć na pendriva, a ja odciągnę uwagę.
   - Kogo? - spojrzała na niego kompletnie zbita z tropu. Chłopak właśnie do kogoś dzwonił. Mówił jednocześnie do niej i do osoby po drugiej stronie słuchawki.
   -  Profesor Flanagan właśnie tu idzie, możecie zaczynać. Halleway, nie gap się tak tylko  się pospiesz. - natychmiast odwróciła się w stronę ekranu i wpisała pierwsze nazwisko, tymczasem Luke otworzył drzwi.
   - Profesorze... - nie dokończył, bo mężczyzna przerwał mu.
   - Co robiłeś w mojej sali  Barclay? - powoli siwiejący mężczyzna koło czterdziestki szedł w jego stronę z surowym wyrazem twarzy. W ręce trzymał kubek termiczny i teczkę wypchaną po brzegi papierami.
   - Szukałem pana. Na parkingu jest jakaś afera. - chłopak wskazała wyjście z budynku. Mężczyzna wydał z siebie głuchy dźwięk niezadowolenia i ruszył w stronę drzwi. Luke podążył za nim. Profesor Alaric Flanagan był bardzo ekscentryczną postacią wśród grona pedagogicznego. Wydawało się, że nikogo nie lubi, a jednocześnie lubili go wszyscy. Miał niechlujny styl bycia, nosił typowe spodnie wojskowe, ciężkie czarne buciory i przerażająco się uśmiechał. Chodziły plotki, że ma w domu prawdziwy arsenał z bronią i ponoć wielokrotnie widziano go jak strzela z wiatrówki w Mound Springs Park obok Minnesota River na południowy-wschód od Kennedy High. Uczniowie śmiali się, że posiada licencje szpiegowską.
   Wyszli na parking i ich oczom ukazała się niecodzienna scena. Andrew trzymał rzucającego się Davida, który wyglądał jakby zaraz z pianą w ustach miał rzucić się na Jared'a zalanego krwią cieknącą mu z nosa. Kawałek dalej na trawniku stały dziewczyny. Gai i Tiffany krzyczały na siebie o wiele za głośno, a Melissa szukała okazji by się wtrącić. Nauczyciel po raz kolejny westchnął ciężko, wcisnął blondynowi teczkę i kubek w ręce, po czym podszedł do rzucającego się Jhons'a. Złapał chłopaka za koszulkę i potrząsnął nim mało delikatnie.
   - Spokój! - krzyknął. Dziewczyny natychmiast zamilkły. - MaClark, do mnie! - wydarł się nauczyciel. Dziewczyna pospiesznie ominęła dwie milczące dziewczyny i podbiegła do nauczyciela. - Coś ty mu zrobiła?
   - Ja? - zapytała kompletnie zbita z tropu. Nie taki scenariusz sobie ustalili. Według ich planu David miał uderzyć tancerza za obrażenie jego ulubionego klubu.
   - No raczej nie ja. - odparł mężczyzna stawiając już spokojnego bruneta na ziemi. - Nie wiem jakie macie kłopoty w tym swoim raju nastoletniej miłości, ale ma być spokój. Przeproście się natychmiast, bo inaczej wszyscy zarobicie karną godzinę w bibliotece,a z tego co słyszałem, już jedną macie. - surowy ton nie dał mi czasu do namysłu. Mimo, że wciąż zdezorientowani, David spojrzał na Melissę wyczekująco, jakby to ona miała przepraszać.
   - Nie patrz tak na mnie, nic nie zrobiłam. - powiedziała niepewnie jak pociągnie tą grę.
   - Przytulaliście się na moich oczach! - warkną o kilka tonów za głośno. Oburzona dziewczyna odsunęła się od niego o krok.
   - Nieprawda! Rozmawialiśmy, potknęłam  się, a on mnie złapał! Nie zachowuj się jak zazdrosny dzieciak! - zawołała teraz już na prawdę zdenerwowana. Nie dlatego, że potrafiła dobrze udawać, ale dlatego, że David wydawał się na prawdę zły, choć ona nie miała pojęcia dlaczego. Zapadła chwila ciszy w trakcie której ta dwójka wpatrywała się w siebie wściekle. Nikt nie był w stanie im przerwać, jakby między nimi była więź niedostępna dla nikogo z zewnątrz.
   Luke odwrócił się w stronę drzwi wejściowych gdy tylko rudowłosa dziewczyna się w nich pojawiła. Posłał jej spojrzenie pytające "udało się", a w odpowiedzi dostał lekkie skinięcie głową. Podała mu klucz USB i spojrzała na scenę, która odgrywała się przed nimi.
   - Co się dzieje? - zapytała szeptem.
   - Sam się zastanawiam. - odparł tylko. Gdy to powiedział, David westchnął cicho, a jego spojrzenie zmiękło.
   - Przepraszam. Chyba faktycznie przesadziłem.
   - Nawet na pewno. - potwierdziła szatynka, tym razem z lekkim uśmiechem. Jego zachowanie wpływało na nią z taką siłą, że podświadomie wiedziała jak powinna zareagować. Zdołała ukryć zaskoczenie gdy pocałował ją w czubek głowy i odwrócił się w stronę bruneta.
   - Wybacz stary... Kumple? - wyciągnął w jego stronę rękę.
   - Ta, jasne, ale najpierw pomóż mi zatamować krwawienie. Stary, to boli jak diabli... - nauczyciel kompletnie stracił zainteresowanie i odwrócił się by wziąć swoje rzeczy od blondyna.
   - Halleway, gdzie byłaś? - zapytał podejrzliwie mrużąc oczy. Od początku coś mu nie pasowało, teraz zrozumiał, że była to nieobecność tej jednej osoby.
   - Odbywałam satanistyczne obrzędy. - odparła beznamiętnym tonem. Informatyk przeszył ją groźnym spojrzeniem, które miało zmusić ją do powiedzenia prawdy. - Byłam w toalecie. - skłamała bez mrugnięcia okiem jednocześnie wymijając mężczyznę.
   - Tak długo? - drążył, czym zasłużył na jej pogardliwe spojrzenie. Mierzyli się wzrokiem dosłownie parę sekund, aż w końcu westchnęła przewracając oczami.
   - Słyszał pan o czymś takim jak miesiączka? - nauczyciel wzdrygnął się odruchowo i czym prędzej wycofał się do budynku. Tę bitwę wygrała Nora.
   - Ona zawsze zachowuje się jakby miała miesiączkę. - szepnął Andrew do Davida, czym zasłużył sobie na wściekłe spojrzenie rudowłosej.

***

   Po lekcjach, tak jak im nakazano, stawili się w bibliotece. Wchodząc do środka od razu można było zauważyć na co szkoła przeznacza najwięcej pieniędzy. Każda ściana w pomieszczeniu została zakryta biblioteczkami z ciemnego, gładkiego drewna. Na końcu pokoju znajdowało się ogromne dębowe biurko bibliotekarki, a przed nim prawdziwy labirynt stworzony z półek na książki, który można było obejść z dwóch stron. Gdy poszło się na prawo, docierało się do stanowisk komputerowych, natomiast jeśli człowiek skierował się w lewo, mógł znaleźć stoły i fotele dla uczniów. Ciemna kolorystyka nadawała pomieszczeniu pewną dozę tajemniczość, od której po plecach Melissy przebiegł dreszcz podniecenia.
   Kochała książki jak nic na świecie, uwielbiała zapach papieru na którym wydrukowane były słowa wywołujące u niej najróżniejsze emocje. Kochała czuć w rękach ich ciężar, móc dotknąć chropowatych stronic i gładkich okładek. Biblioteka szkolna wydawała jej się kwintesencją wszystkiego co uwielbiała. Wielokrotnie siadała na jednym z wygodnych foteli obitych ciemnobrązowym materiałem i oddawała się swojej pasji, czasem przychodziła pod koniec tygodnia, żeby pomóc poukładać książki.
   - Melissa dziecko, jak miło Cię widzieć. - zza jednego z regałów wyłoniła się postać starszej kobiety. Siwe włosy związane miała na czubku głowy w staromodny kok. Była bardzo pogodną i ciepłą osobą, a zmarszczki nadawały twarzy kobiety pewnego rodzaju tajemniczości i wrażenia o bogatym doświadczeniu życiowym jak i niezaprzeczalnej mądrości. - Cieszę się, że przyprowadziłaś przyjaciół.
   Nie była to do końca prawda. Właściwie Melissa prawie sama zapomniała, że miała zostać po lekcjach. Była przytłoczona myślami na temat dzisiejszych wydarzeń, a trybiki w jej mózgu chodziły na pełnych obrotach. Zastanawiała się nad "przegapionym" tygodniem oraz słowach dyrektora i nauczyciela informatyki. Jedynie dzięki Norze trafiła po lekcjach do biblioteki.
   - Dzień dobry pani Feather. W czym możemy pani dziś pomóc? - zapytała brunetka w imieniu całej grupy.
   - Ah tak, oczywiście, już. - kobieta wyciągnęła z kieszeni swojej aksamitnej sukienki kartkę złożoną na pół. Otworzyła i przeczytała. - Wygląda na to, że ktoś musi pousuwać z komputerów pliki zapisane na pulpicie, trzeba książki z wózków poukładać na półkach i przydałoby się zetrzeć kurze...
   - Biorę komputery. - jednocześnie odezwali się Nora i Luke. Jared zadeklarował się, że zetrze kurze, dlatego reszcie pozostało układanie książek.
   - Muszę przyznać dzieciaki, że wspaniale się dogadujecie. - Odezwała się kobieta gdy podzielili między sobą zadania w błyskawicznym tempie. - To niezwykłe, że mimo różnic, potraficie stworzyć zgraną drużynę. Cóż, sowa wraca za biurko, jakbyście czegoś potrzebowali, nie krępujcie się pytać. - Z babcinym uśmiechem zostawiła ich samych.
   - Znów to samo. - Gai parsknęła zirytowana. Miała już tego dość. Nie chodziło nawet o to, że nagle została przypisana jako przyjaciółka ludzi, których ledwo znała, ani, że znalazła się w sytuacji, której nie rozumiała. Denerwowało ją, że w towarzystwie tych ludzi czuła się bardziej komfortowo, niż wśród tych, których dotąd nazywała przyjaciółmi, że miała co do nich dobre przeczucia. - Nie denerwuje was, że inni zdają się wiedzieć o nas więcej niż my sami?
   - Denerwuje. - przyznał Andrew obejmując ją ramieniem. - Ale uznaliśmy, że w tej chwili nie warto tracić czasu na narzekanie. - szkolna piękność łypnęła na niego wilkiem.
   - Spadaj Andy. - warknęła gardłowo i zdjęła jego rękę ze swoich barków. - Bierzmy się do roboty, bo nigdy tego nie skończymy.
   - Spokojnie kochanie. Złość piękności szkodzi.
   Luke i Nora już dawno odłączyli się od grupy by zająć się swoją pracą. Oboje usiedli do komputerów i dziewczyna zaczęła wykonywać żmudne zadanie, pod czas gdy chłopak wyciągnął z kieszeni srebrne urządzenie i podłączył do sprzętu.
   - Sprawdzasz screen'y? - odpowiedział skinieniem głowy. - Nie zdążyłam nawet zobaczyć co tam pisało.
   - Chcę je wydrukować, żebyśmy wszyscy zobaczyli. - gdy to powiedział, drukarka zaczęła działać. Nawet nie spojrzał na wydrukowane kartki, od razu schował je do plecaka. - Ale najpierw to skończymy. Czym szybciej to zrobimy, tym więcej czasu będziemy mieć na rozmowę. - zadecydował i wrócił do monitora. Nora ani na chwilę nie odwróciła od niego wzroku. U nich wszystkich widziała jak dotąd najróżniejsze emocje, ale nie u Luke'a. Przez cały dzień ani razu się nie uśmiechnął, tylko raz wydawał się zirytowany, gdy nakazał jej pośpiech w sali informatycznej, a  tak... Wciąż ta sama mina, skupiony i chłodny wyraz twarzy.
   Tymczasem w drugiej części pomieszczenia Gai, Tiffany, Melissa, David i Andrew układali książki na półkach jednocześnie rozmawiając.
   - Na prawdę mam ochotę komuś przyłożyć, to okropnie denerwująca sytuacja. - powtórzyła się Rosewood. - Nie wmówicie mi, że nie jesteście przez to ani trochę spięci.
   - Jesteśmy. - Tiff jak dotąd siedziała wyjątkowo jak na nią cicho, zazwyczaj była gadatliwa jak Gai. - Sytuacja jest stresująca, ale na razie właściwie nie wiemy nic. Nawet nie zauważyliśmy, że coś jest nie tak dopóki Mel nie wyskoczyła z tą datą. Nie mam pojęcia co się dzieje i nienawidzę tego uczucia. - odrzuciła włosy na plecy i wróciła do układania książek. Już praktycznie kończyli.
   - Moim zdaniem to dobrze, że nam powiedziała. - Andy wtrącił z zamyśloną miną. - Wiedza zawsze jest lepsza niż nie wiedza, Mel dobrze zrobiła.
   - Szkoda, że jej tu nie ma i nie możecie jej tego wszystkiego powiedzieć. - usłyszeli sarkastyczny ton dziewczyny po drugiej stronie półki. - Nie chcecie wiedzieć co się stało? Bo ja chcę. Wybaczcie, jeśli wciągnięcie was w to było błędem. - palce, które zaciskała ze złością na książce, pobielały. David stanął za nią i delikatnym gestem wyjął jej powieść z dłoni.
   - Stało... A skąd wiemy, że cokolwiek to jest, wciąż się nie dzieje? - zapytał bardziej sam siebie niż ich.
   - Biss, przestań tak gadać...
   - Skończyłam. - przerwała im Mel. Zanim się zorientowali, żadne z nich nie miało już książek na swoich wózkach. Odwieźli je bibliotekarce, a ona kazała im usiąść w części czytelniczej i poczekać aż karna godzina się skończy. Mniej więcej w tym samym czasie swoje prace skończyli Nora, Luke i Jared i dołączyli do nich. Stanęli wokół jednego ze stołów.
   - Barclay, może wyjaśnisz nam, czemu miało posłużyć to całe przedstawienie na parkingu? - zapytał Evans odruchowo dotykając swojego nosa, który dobrze jeszcze pamiętał ból po uderzeniu Davida.
   - Przecież powiedziałem, że dla odwrócenia uwagi.
   - Jasne, ale od czego? - sprecyzowała Gai.
   - Żebym dać mi więcej czasu. - mruknęła Nora wymijająco. Luke wyciągnął z plecaka kartki, które wcześniej wydrukował.
   - Chcieliśmy zdobyć to. - odparł bez wahania rzucając na stół wydruki. Tiff rozłożyła je by każdą było wyraźnie widać.
   - Czy to... - Gai marszcząc brwi wzięła jedną kartkę do ręki. Zrobiła wielkie oczy rzucając kartkę z powrotem na stół. - Postradaliście zmysły?! Włamaliście się do szkolnej bazy danych? - warknęła półszeptem by Pani Feather nie mogła ich usłyszeć.
   - A jak mieliśmy sprawdzić naszą frekwencje? To był najszybszy i najprostszy sposób. - odparł blondyn ze stoickim spokojem. - Spójrzcie. W poniedziałek dwudziestego ósmego września, każdy z nas był na pierwszej lekcji, ale na następnych już nie. Co oznacza, że musiało wydarzyć się coś, co zmusiło nas wszystkich do opuszczenia tego dnia zajęć. Co więcej, nie zjawiliśmy się na żadnej lekcji do końca tygodnia. Pytanie brzmi, co się stało, że opuściliśmy teren szkoły. - Luke spojrzał na nich wszystkich po kolei. Napotkał wzrok Gai. - Oczywiście pozostaje mnóstwo innych pytań, ale myślę, że jeśli zdołamy odpowiedzieć na to, reszta wyjdzie w praniu.
   Nagle poczuła czyjąś dłoń na ramieniu. W pierwszej chwili pomyślała, że to może David lub Jordan, ale oboje stali po drugiej stronie stołu. Z przerażeniem pomyślała o starej bibliotekarce. Czy to możliwe, że pani Feather stała za nimi, słuchała o czym mówią, a nikt jej nawet nie zauważył?! Odwróciła się gwałtownie, ale za sobą zobaczyła tylko wejście do działu książek historycznych. Zaskoczona dotknęła swojego ramienia, była pewna, że ktoś przed chwilą ją dotkną, wyraźnie czuła ciepło ludzkiego ciała. Z szybko bijącym sercem odwróciła się do reszty, którzy nawet nie zauważyli jej dziwnego zachowania.
   - Dobra. - David odpowiedział bez cienia wątpliwości. W Norze zaczęło się gotować. Czym dłużej przypatrywała się im wszystkim, tym bardziej coś jej się nie zgadzało, coś nie było w porządku, coś poszło zbyt łatwo.
   - Chwila moment... Luke, co dokładnie im napisałeś wtedy w pracowni informatycznej? - rudowłosa przeszywała blondyna spojrzeniem.
   - Zapytał, czy moglibyśmy mu pomóc i udawać, że wszczynamy bójkę na parkingu. - odpowiedział Andy sprawdzając wiadomość, którą dostał od blondyna.
   - I tak po prostu to zrobiliście? - reszta skinęła głową. - Nie mieliście żadnych pytań typu "po co"?
   - Napisał, żeby mu zaufać.
   - I zaufaliście? O tak? - pstryknęła palcami wpatrując się w nich z coraz większym niedowierzaniem. - Poważnie ludzie, co jest z wami nie tak? Poznaliście tego kolesia pół godziny wcześniej, a już ufacie mu na tyle by bez zadawania pytań zacząć się lać po mordach? Nie uważacie, że to dziwne? Do końca was pogrzało?- Tiffany wpatrywała się w kartki, ale teraz uniosła wzrok.
   - To jest dziwne... Ja nie ufam byle komu, a nawet nie pomyślałam żeby zapytać o cokolwiek... - Przeniosła wzrok na Davida. - To się nie stało... Cokolwiek to jest, wciąż się dzieje...